Biedny płaci więcej

Departament Statystyki opublikował dane na temat poziomu ubóstwa na Litwie. Wynika z nich, że ma ona największy w Europie procent ludności znajdującej się poza granicą ubóstwa – 22,9 proc., czyli 650 tysięcy osób. (Średnia krajów UE wynosi 16 proc.). Litwa wyprzedza też kraje bałtyckie: w Estonii jest to 21 proc., a na Łotwie – 22,1.

W 2017 roku granicą ubóstwa dla samotnej osoby były dochody mniejsze niż 307 euro, zaś dla rodziny składającej się z czterech osób (oboje rodziców plus dwójka dzieci do lat 14) – 644 euro. Takie kryteria oceny „zamożności” odkryły fakt, że za granicą ubóstwa okazała się pokaźna grupa emerytów – 36,7 proc., bowiem tzw. „średnia emerytura” wynosi 255,3 euro. To oni najwyraźniej „psują” statystykę w grupie ludzi powyżej 65 roku życia, gdzie procent „ubogich” wynosi 33,4 proc. W ciągu roku ten wskaźnik zwiększył się o 5,7 punktu procentowego.
Poza granicą ubóstwa jest też większy od średniej krajowej procent dzieci w wieku do 18 lat. Stanowi on 25,7 proc. I jedynie ludność w przedziale wiekowym od 18 do 64 lat zmniejszyła swój stopień zagrożenia bycia na marginesie – wynosi on 18,8 proc. i mało się różni od średniej europejskiej. Jest to skutek zwiększenia gaż, minimalnego wynagrodzenia i spadku bezrobocia.

Badając stan dochodów w mieście i na wsi, wyraźnie widać, że mieszczanie mają większą szansę na zdobycie godnych zarobków. Tu poniżej granicy ubóstwa jest 17,3 proc. mieszkańców. Chociaż i ta „średnia”, jak i każda inna, może mylić. Otóż lepszego życia nie gwarantują małe miasteczka, w których procent ten wzrasta do 26,1, zaś w pięciu największych (Wilno, Kowno, Kłajpeda, Szawle, Poniewież) wynosi zaledwie 11,7 proc.

Jednak średnia miejska wielkość biedności jest praktycznie dwukrotnie mniejsza niż na wsi. Tu ten wskaźnik sięga 34,4 proc. Chociaż ciekawym może wydać się to, że w miastach procent ten wyrósł w porównaniu do poprzedniego roku, czyli 2016, o 1,7 proc., zaś na wsi spadł, prawda, zaledwie o 0,4 proc.

Jak się okazało, wpływ na ustawienie się pod, czy też nad kreską ubóstwa ma to, czy w gospodarstwie domowym są dzieci. Tam gdzie są, pod kreską jest 21,2 proc. (zwiększył się zaledwie o 0,2 proc.) rodzin, zaś w grupie gospodarstw domowych bez dzieci – aż 24,5 proc. (zwiększył się o 1,6 proc.). Najprawdopodobniej wpływ na to miały tzw. pieniądze na dzieci – 30 euro. Premier obiecuje, że już w przyszłym roku wzrosną one do 50 euro. I to nie może nie cieszyć, chociaż suma z pewnością jest zbyt mała.

Jak podaje statystyka, najbiedniejsze są te rodziny, gdzie jest tylko jeden rodzic i ma na utrzymaniu dzieci. Aż 48,4 proc. takich gospodarstw domowych jest poniżej granicy ubóstwa. Praktycznie „dorównuje” im grupa gospodarstw, które tworzą osoby samotne – 47,9 proc. Najwidoczniej statystykę „psują” tu emeryci.

Najbardziej bulwersującym wskaźnikiem w tej wyliczance jest bodajże to, że poza wyznaczoną granicą ubóstwa jest 8,5 proc. ludzi pracujących. Jest to praktycznie nie do pomyślenia w tzw. krajach starej demokracji. Wskaźnik ten można uznać za najbardziej demotywujący czynnik do podejmowania pracy przez tzw. „długoterminowych” bezrobotnych, bo to oni najczęściej dostają gaże, które nie dają szansy na wyjście z kręgu osób „pod kreską”. Wśród bezrobotnych procent ten wynosi 61,5 proc. I może budzić ten fakt zdziwienie, bowiem tak naprawdę musiałby sięgać 100 proc.

Statystyki są przerażające. Procent obywateli znajdujących się poniżej granicy ubóstwa byłby jeszcze większy, gdyby od ich dochodów zostały odjęte zapomogi. Przysługują one tym osobom, których dochody są dziś mniejsze niż 183 euro. Po ich odjęciu średnia krajowa obywateli żyjących pod kreską wśród osób samotnych wyniosłaby 29,8 proc., rodzin z dziećmi – 31,3 proc., dzieci do lat 18 – aż 37,3 proc.

Gdzie jest panaceum na taki stan rzeczy? Jak twierdzą ekonomiści, powinny wzrosnąć emerytury, gaże, należy wreszcie uskutecznić „prawdziwą” reformę podatkową, by ci, którzy mają solidne dochody płacili odpowiednio wysokie podatki.

Dziś jest tak, że potencjalni wielcy podatnicy albo prowadzą działalność w tzw. cieniu, albo korzystają umiejętnie z legalnych sposobów uniknięcia odpowiedniej wielkości wpłat do budżetu państwa. Taki stan rzeczy powoduje wielkie rozwarstwienie społeczne, rodzi wykluczenia. Sprzyja to wszelkim negatywnym zjawiskom społecznym, emigracji i, oczywiście, nie sprzyja patriotyzmowi. Czyli jest faktycznie źródłem tych wszystkich problemów, z którymi w ciągu kolejnych kadencji „walczą”: prezydent, Sejm, rząd…

Ciekawa zbieżność – w tych samych dniach Ministerstwo Sprawiedliwości wraz ze służbą ds. konkurencji dokonało porównań cen w poszczególnych krajach UE i na Litwie. Okazało się, jakby to paradoksalnie nie brzmiało, że wiele towarów zarówno w krajach tzw. Europy Zachodniej, jak i środkowo-wschodniej jest tańsze niż na Litwie. I jest to znaczna różnica: w przedziale do 30 euro może ona sięgać od ponad 5 (u najbliższych sąsiadów) do ponad 10 euro na „zachodzie”.

Przy okazji spójrzmy na jeszcze jeden paradoks: pod względem wydatków zdecydowanie w Europie wiedziemy prym. Wydaje się, że ma to być dostateczna podstawa do podejmowania kroków na drodze zdecydowanych reform. Premier zapowiedział najbliższy krok: w związku z zapowiadanym przez przedsiębiorców wzrostem cen z powodu klęski posuchy, obiecał podjęcie działań zmierzających do zwiększenia konkurencji wśród handlowców. Zacząć chce od ograniczenia pracy supermarketów w niedziele. Powołuje się na wzór Polski. Jest tylko jedno „ale”. W Polsce w centrum miast są prywatne sklepiki spożywcze. U nas zaś ich miejsce zajmują mniejszego formatu sklepy potentatów na tym rynku.