Mistrz ortografii

W dniu 17 października w Wilnie odbyła się XIV edycja konkursu „Mistrz ortografii”.

Komisja w składzie: doc. dr Barbara Dwilewicz i doc. dr Irena Masojć (wykładowczynie Litewskiego Uniwersytetu Edukologicznego) sprawdziła 39 prac pisemnych – dyktanda pt. „List z podróży”. Uczestnikami XIV edycji konkursu „Mistrz ortografii”, tradycyjnie organizowanego przez Stowarzyszenie Nauczycieli Szkół Polskich na Litwie „Macierz Szkolna”, byli uczniowie ze szkół polskich rejonów: wileńskiego, solecznickiego, trockiego oraz miasta Wilna.

Honorowy tytuł: „Mistrza Ortografii” w XIV edycji konkursu komisja postanowiła przyznać: Sabinie Pileikaitė z Gimnazjum im. Wł. Syrokomli w Wilnie (polonistka Łucja Minowicz); II miejsce – Gintarė Dziminskaitė ze Szkoły im. Sz. Konarskiego w Wilnie (polonistka Lucyna Jaglińska); III – Aleksandrowi Pietkiewiczowi z Gimnazjum im. Wł. Syrokomli w Wilnie (polonistka Danuta Korkus).

Dodatkowo Komisja postanowiła wyróżnić następujących uczestników: Ernesta Gulbickisa z Gimnazjum im. K. Parczewskiego w Niemenczynie (polonistka Krystyna Rostowska), Kamilę Samakalową z Gimnazjum im. Jana Pawła II w Wilnie (polonistka Czesława Osipowicz); Natalię Urbanowicz z Gimnazjum im. Jana Pawła II w Wilnie (polonistka Czesława Osipowicz); Śnieżanę Bogucką ze Szkoły-Centrum Wielofunkcyjnego w Mościszkach (polonistka Danuta Czerniawska); Patrycję Gajszinową z Gimnazjum w Rudziszkach (polonistka Danuta Tuniewicz).

Komisja gratuluje nagrodzonym uczestnikom, dziękuje za udział wszystkim uczniom, którzy przystąpili do dyktanda oraz składa podziękowania na ręce nauczycieli polonistów, którzy przygotowali uczestników konkursu.

Stowarzyszenie Nauczycieli Szkół Polskich na Litwie „Macierz Szkolna” wszystkim uczestnikom wręczyło dyplomy za udział oraz książki. Laureatom I-III miejsca przyznano dyplomy i nagrody rzeczowe, zaś osobom wyróżnionym – dyplomy i słowniki.

Konkurs został dofinansowany przez Senat Rzeczypospolitej Polskiej w ramach sprawowania opieki nad Polonią i Polakami za granicą.

O mojej szkole, moich nauczycielach

Ilekroć wracam do lat spędzonych w murach pałacu hrabiego Tyszkiewicza, ogarnia mnie ogromne wzruszenie. Cieszę się, gdy czytuję w gazetach o swych koleżankach i kolegach, o wykładowcach, którzy, nie szczędząc sił starali się jak najwięcej włożyć nam do głowy, abyśmy wyszli z uczelni jako dobrzy specjaliści gospodarki rolnej. Dziś włosy moje przyprószyła siwizna, a ciągle szukam stosownej okazji, by napisać kilka słów o Niej. Z ręką na sercu przyznaję, że mogłem to uczynić wcześniej, ale czekałem, że może ktoś inny z naszej grupy to uczyni. Czas biegł, zabrakło tego, kto miał to zrobić. Chciałem do Niej wystosować parę słów również wówczas, kiedy to na łamach „Magazynu Wileńskiego” (nr 13 -14., lipiec 1990 r.) wydrukowano artykuł „My, z Romerów”, w którym Ona opowiada o dawnych czasach pięknym, dostępnym językiem, opisując swój ród. I znów mi nie wyszło. Zawał serca. Wylew. Reanimacja. Chwała Bogu, chociaż z trudem, odzyskałem zdrowie.

Rok 1959. Bujwidziszki. W pałacu tyszkiewiczowskim rozlokowało się Wileńskie Technikum Agrozootechniczne. Tak się wówczas nazywała ta uczelnia, kształcąca agronomów i zootechników w języku polskim – jedyna w byłym Związku Radzieckim. Dyrektorem uczelni był Rosjanin – Iwan Mitrochin, który bardzo słabo znał język polski.

W piękny, sierpniowy, słoneczny dzień w tym gmachu zebrała się dość liczna, bo ponad 300-osobowa grupa dziewcząt i chłopców z całej Wileńszczyzny. Jedna dziewczynka przyjechała nawet z Białorusi, aby złożyć egzaminy wstępne. W tej solidnej grupie również ja szukałem szczęścia. Po tygodniu miałem indeks w kieszeni i z wielkim zapałem przystąpiłem do nauki agronomii.

W naszej grupie – początkowo było 40 słuchaczy, w tym 10 rezerwowych, bez stypendium. Jednak po pierwszym semestrze już prawie wszyscy je otrzymali, ponieważ spora część oblała sesję i powinna była porzucić technikum. Stypendium było marne (180 rubli na stare pieniądze), ale ta suma wystarczała do zapłacenia za obiady w miejscowej stołówce.

Grupą „Agro” kierowała pani Stefania Romerówna. Wówczas pani Stefania nie była jedyną z Romerów, miała jeszcze matkę, która będąc w sędziwym wieku pracowała jako komendantka w bursie dla dziewcząt. Była to trochę, moim zdaniem, flegmatyczna, ale bardzo rzeczowa, zawsze schludnie ubrana kobieta. Miała miły sopranowy głos, za który była nazywana przez dziewczęta z bursy „mamusią”. Stefania Romerówna, odpowiadała za nasze dusze i grzechy. Była wtedy sympatyczną, ale bardzo zasadniczą panną średniego wzrostu w okularach.

Na pierwszy rzut oka wydawało się (nie tylko mnie), że klucza do jej serca chyba nikt nie znajdzie. Była bardzo sprawiedliwa i lubiła prawdę. Kłamstwa nie znosiła.

W tym czasie nieopodal pałacu zaczęto wznosić gmach nowego technikum. Byliśmy pewni, że przesiedlą nas do nowego lokum. Ale gdzie tam! Nawet blisko nie dopuszczono! Owszem, było to technikum, ale nie dla Polaków. Widzieliśmy, jak to wszystko przeżywała nasza „edukatorka”. Szkoda nam było tych pięknych, malowniczych miejscowości, parku z pawiami, który rozpościerał się dookoła pałacu. Szkoda ludzi z pobliskich wsi – Zujun, Zameczka, Wirszuliszek, u których my, chłopcy, mieszkaliśmy z powodu braku bursy. Wyjeżdżaliśmy jednak nie z własnej woli.

Biała Waka – nowa lokalizacja technikum – przyjęła nas z rezerwą. Starsi chłopcy musieli znaleźć prywatne mieszkania w Wojdatach, ponieważ bursa była za mała. Przez całe lato przeprowadzaliśmy się z Bujwidziszek. Razem z panią Stefanią urządzaliśmy od nowa gabinety uprawy i ochrony roślin, nasiennictwa. Jesienią, jak przystało, przystąpiliśmy do nauki. W ciągu tego przygotowawczego okresu nie zauważyliśmy, jak zmężnieliśmy i nasz pogląd na nauczycielkę się nie zmienił. Co tam mówić, w Bujwidziszkach trochę baliśmy się naszej pani Stefanii. Mogła, nie zważając na to, że była naszą wychowawczynią i odpowiadała za nadążanie w nauce, „wlepić” dwóję, którą wyprawić było bardzo trudno.

Wykłady z uprawy i ochrony roślin, nasiennictwa były coraz trudniejsze. Wszystkie terminy związane z roślinnością, szkodnikami i herbicydami musieliśmy znać nie tylko w języku polskim, lecz i po łacinie oraz w językach litewskim i rosyjskim. Faktycznie, musieliśmy wkuwać te obce słowa. Pani Stefania wiedziała, że wszystko to nam się w życiu przyda, toteż pobłażania nie było. Doskonale znała wykładane przedmioty, mogła mówić o nich godzinami, przy tym nie zaglądając do konspektów lub książek. Swoją poważną twarzą, oczami, które patrzyły na nas spod okularów, dawała do zrozumienia, że bez wysiłku, trudu i chęci niczego w życiu nie osiągniemy. Robiła wszystko, byśmy opuszczając mury technikum nie upadli na duchu, nie stchórzyli przed samodzielną pracą w charakterze świeżo upieczonego specjalisty gospodarstwa rolnego. Otrzymując dyplom agronoma zwróciłem uwagę na naszą wychowawczynię, która z uśmiechem coś mówiła swej koleżance. Z tego uśmiechu można było odczytać, że pani Stefania dopiero w tej chwili jest zadowolona z naszego „Agro”…

Chociaż nie ma już naszej wychowawczyni, która odeszła do lepszego świata, jednak wierzymy, że usłyszy nasze podziękowania za owoce swej pracy, bo przecież tyle sił i energii w nas włożyła.
Dzisiaj, gdy patrzę na zdjęcie z kursu „Agro” przypominam panią Stefanię. Jak to niedawno było! Chcemy przeprosić naszą byłą wychowawczynię za kłopoty, jakie sprawialiśmy, nisko skłonić przed Nią głowy i jeszcze raz serdecznie podziękować za tę miłość do ludzi, do zawodu, którą posiadała i nam zaszczepiła. I za cząstkę jej pięknej osobowości, która jak latarnia morska przyświeca nam na jakże pasjonującej, choć trudnej drodze, jaką jest życie. Dziękuję, dziękujemy… Bóg zapłać!