Plac Łukiski ma nowy monument!?

W poniedziałek, 27 listopada, zostały ogłoszone wyniki konkursu w sprawie monumentu, mającego symbolizować walkę narodu litewskiego o niepodległość i upamiętniającego jej bohaterów. Zwyciężył projekt młodego architekta Andriusa Labašauskasa oparty na motywach partyzanckiego bunkra.

Aż trudno uwierzyć, że dobiegł końca maraton konkursów na memoriał symbolizujący walkę o wolność i jej bohaterów na Placu Łukiskim. Przypomnieć warto, że wileński plac przez ponad 30 lat był umiejscowieniem pomnika wodza proletariatu. A kiedy w 1991 roku pożegnał Lenina, rozpoczęła się historia tworzenia nowego obrazu tego wileńskiego, dość udanie położonego placu.

Już w 1995 roku powstały pierwsze jego wizje, aż przyznano mu status reprezentacyjnej przestrzeni w stolicy. Przyznać – przyznano, ale nie miał najwyraźniej szczęścia do zrealizowania nowej wizji. Podczas kilku konkursów nie udało się stworzyć koncepcji, co do której zostałby osiągnięty konsensus. Aż wreszcie latem tego roku z 30 przedstawionych projektów komisja wybrała pięć, które doskonalone były na warsztatach twórczych.

Spośród pięciu wariantów monumentu, wyraźnie była preferowana „Pogoń”. Powstał nawet klub stronników ustawienia tego symbolu na miejskim placu. W ciągu lata jego zwolennicy umieścili na Łukiszkach kartonowego rumaka z jeźdźcem, który miał symbolizować wolność i bohaterów o nią walczących. Jego stronnicy aktywnie i nawet agresywnie próbowali przekonać obywateli do swego projektu. Ostatnio urządzili dość liczną pikietę na placu (jej uczestnicy – to w zdecydowanej większości ludzie w starszym wieku), by w ten sposób, najwidoczniej, wpłynąć na wyniki głosowania, w którym mógł uczestniczyć każdy obywatel i wyrazić swoje zdanie co do pięciu wariantów przyszłego monumentu.

Jak ogłoszono w poniedziałek, 27 listopada, zwyciężył projekt młodego architekta Andriusa Labašauskasa oparty na motywach partyzanckiego bunkra. Przedstawia on wzgórze, którego wysoki brzeg (3 m) – południowy mają stanowić betonowe pale – obrazujące drzewa i kloce drewna – budulca używanego do urządzania partyzanckich ziemianek. Na tych stylizowanych drzewach mają się znaleźć pseudonimy „leśnych braci” nawiązujące do lasu, nazw drzew, takie jak: „Liepa”, „Ąžuolas”, „Drebulė” i in. Stroma ściana memoriału ma być odwrócona do Alei Giedymina. Stopniowo przejdzie w łąkę. Wzgórze ma być udostępnione do odpoczynku.

Za tym wariantem głosowali w większości wilnianie, młodzież i kobiety. Za „Pogonią” – osoby starsze, pochodzące w większości nie z Wilna, mężczyźni.

Praktycznie w końcowej fazie ze sobą rywalizowały dwa projekty: „Wzgórze” i „Pogoń”, zdobywając po 37 proc. głosów osób, wyrażających swoje zdanie internetowo.

Z kolei komisja oceniająca głosowała w ten sposób, że z 16 możliwych punktów „Wzgórze” uzyskało 10, zaś „Pogoń” – 4 punkty. W ten sposób, po podsumowaniu obu głosowań, wygrało „Wzgórze”. Prawda, fani „Pogoni” obiecują zaskarżyć wyniki konkursu do sądu i na dodatek bojkotować obchody 100-lecia Odrodzenia Litwy.

Chociaż „Wzgórze” nie jest czymś bardzo oryginalnym, jednak najwyraźniej bardziej do przyjęcia niż typowo XIX-wieczna „Pogoń”. Tak na marginesie Wilno ma niezbyt udane doświadczenie z „koniem” – książę Giedymin na Placu Katedralnym wraz ze swoim rumakiem nie robi imponującego wrażenia. Jednak przegrana „Pogoni” dla wielu jest zaskoczeniem. Należy zaznaczyć, że przed miesiącem „częściowo” oddany do użytku plac, został przygotowany na przyjęcie „konia z jeźdźcem” – w jego środku został wyłożony kostką krąg, na którym miał stanąć cokół pomnika. Realizując nowy projekt będzie musiał być zniszczony, tak samo zresztą jak część dróżek, wyłożonych kostką i zagospodarowanych przestrzeni. Ucierpi duża część placu, bowiem do urządzenia wzgórza – ma być ono usypane z przywiezionej ziemi – potrzebna będzie ciężka technika, która nie oszczędzi terenu.

W tej sytuacji przychodzi na myśl anegdota z czasów sowieckich, kiedy żartowano, że w ZSRR nie ma bezrobocia, bo kolejne ulice są asfaltowane i na nowo przekopywane, po czym znów kładzie się asfalt i tak w kółko. Wydaje się, że ten zwyczaj skutecznie przejęła wolna Litwa.

Należy odnotować, że projekt „Wzgórza” popiera mer Wilna, który obiecuje, że miasto dołoży wszelkich starań, by godnie i jak można najszybciej zrealizować go. Ma to nastąpić, zdaniem mera, do grudnia 2018 roku. Koszt jego urządzenia nie może przekroczyć 500 mln euro.

Jego młody autor podczas udzielanych wywiadów był wyraźnie szczęśliwy, ale też nie ukrywał, że marzył, ale nie spodziewał się wygranej. Bowiem, jak zaznaczył, wśród młodych twórców panuje opinia, że marzyć o zwycięstwie w podobnych konkursach nie mając „odpowiedniego” nazwiska, nie należąc do „odpowiedniego” grona jest praktycznie niemożliwe… A jednak! Sympatyczny i bardzo skromny architekt budzi sympatię. Ponadto jest dobrze wychowany – z szacunkiem mówił o swoich konkurentach, choć nie krył zadowolenia z faktu, że on, zwykły młody twórca „z ulicy” dostąpił takiego zaszczytu. Nie ukrywał, że praca nad zbudowaniem „Wzgórza” nie będzie łatwa (ściana lasu powstanie z betonu, zalewanego według nowoczesnych technologii). Betonowy las z pseudonimami partyzantów będzie w prostej linii się łączył z tablicami na budynku dawnego gmachu urzędu bezpieczeństwa, na którego ścianie są umiejscowione imiona i nazwiska oraz daty śmierci partyzantów. Znajdujące się naprzeciwko wzgórze-bunkier będzie jak gdyby mówiło o tym, że to opór „leśnych braci”, ich idee, poświęcenie pozwoliły przetrwać w sercach i pamięci Litwinów ideom wolnej Ojczyzny. Wydaje się, że ten prosty i zarazem wymowny symbol to lakonicznie wyraża. Pomiędzy tymi dwoma symbolami – grozy i walki – będzie się znajdował reprezentacyjny plac płynnie przechodzący w tereny rekreacyjne – pozwalające cieszyć się wolnością.

Wypada życzyć sukcesu w realizacji projektu młodemu architektowi (który m.in. przez około siedem lat mieszkał w pobliżu placu i w wyobraźni go zagospodarowywał), a wilnianom i gościom miasta przyjemnego spędzania czasu na tym placu, który, być może, stanie się ulubionym miejscem wypoczynku. Życzmy sobie tego.

Tymi słowy kończyło poniedziałkowy wieczór wielu wilnian.

Ale już wtorek przyniósł kolejne „nowiny” co do zwycięskiego projektu. Otóż, jak się okazało, dowiedzieliśmy się o tym z komunikatu Departamentu Dziedzictwa Kultury, monument nie odpowiada wymogom ochrony zabytków. Takie architektoniczne rozwiązanie (powstanie wzgórza) jest sprzeczne z wydanym postanowieniem z 2010 roku głoszącym, że Plac Łukiski ma być przestrzenią równą. Czyli nie może być na nim żadnych „wzgórz”.

Ot i masz zwycięzcę konkursu. Ciekawe, jakie kompetencje posiada komisja oceniająca, co wie o warunkach stawianych wobec zgłaszanych na konkurs projektów Ministerstwo Kultury? Od lata, wśród pięciu wybranych projektów „jak byk” widnieje wzgórze, którego, jak się okazało po „podsumowaniu konkursu”, być na placu nie może.

A może jednak jest na to szansa? Jak wynikało z burzliwych wtorkowych dyskusji, zależy jak to „wzgórze” potraktować: jako infrastrukturę, czy też „pomnik”. Logika podpowiada, że jest to właśnie pomnik – monument. Te wątpliwości są wodą na młyn stronników „Pogoni”. Czy jej apologeci wykorzystają biurokratyczne utrudnienia do przeforsowania „konia” na plac, wkrótce się dowiemy.
Mer Wilna jest pewien, że o wszystkim da się rozmawiać i znaleźć optymalne rozwiązanie. Obstaje nadal przy „wzgórzu”, chociaż podkreślił, że jest to całkiem surowy projekt.
Wygląda na to, że młody jego autor szczerze nie wierzył we własne zwycięstwo, więc też praktyczne kwestie „zostawił na potem”.

W końcu jakiś monument znajdzie się na placu, który najwyraźniej nie ma fartu. Tak samo jak i my, obywatele kraju, w którego urzędniczych szeregach zbyt często mamy do czynienia z totalnym brakiem kompetencji, odpowiedzialności, w tym również, co do wydawania „państwowych” pieniędzy.

Po takim „sprawnym” przeprowadzeniu konkursu, podczas którego wybrane projekty były w ciągu kilku miesięcy „doskonalone” we Współczesnym Centrum Sztuki, odpowiedzialni za takie „doskonalenie” urzędnicy na czele z wiceminister kultury musieliby pójść do dymisji. Bo i co to za organizator, który nie wie, jakie kryteria obowiązują na terenie, co do którego użytkowania odbywa się konkurs.

Niejako „po drodze” wynikł jeszcze jeden problem, o którym odpowiedzialne osoby nie pomyślały. Otóż, realizując projekt budowy monumentu zostanie zmieniony projekt zagospodarowania placu. A on również był zwycięzcą w jednym z konkursów i został już zrealizowany. Co na „korekcję” powie jego autor? Tym bardziej, że jest stronnikiem „Pogoni”?
Słowem, całkowity galimatias. Taki nasz, swojski bałagan.

O mojej szkole, moich nauczycielach

Ilekroć wracam do lat spędzonych w murach pałacu hrabiego Tyszkiewicza, ogarnia mnie ogromne wzruszenie. Cieszę się, gdy czytuję w gazetach o swych koleżankach i kolegach, o wykładowcach, którzy, nie szczędząc sił starali się jak najwięcej włożyć nam do głowy, abyśmy wyszli z uczelni jako dobrzy specjaliści gospodarki rolnej. Dziś włosy moje przyprószyła siwizna, a ciągle szukam stosownej okazji, by napisać kilka słów o Niej. Z ręką na sercu przyznaję, że mogłem to uczynić wcześniej, ale czekałem, że może ktoś inny z naszej grupy to uczyni. Czas biegł, zabrakło tego, kto miał to zrobić. Chciałem do Niej wystosować parę słów również wówczas, kiedy to na łamach „Magazynu Wileńskiego” (nr 13 -14., lipiec 1990 r.) wydrukowano artykuł „My, z Romerów”, w którym Ona opowiada o dawnych czasach pięknym, dostępnym językiem, opisując swój ród. I znów mi nie wyszło. Zawał serca. Wylew. Reanimacja. Chwała Bogu, chociaż z trudem, odzyskałem zdrowie.

Rok 1959. Bujwidziszki. W pałacu tyszkiewiczowskim rozlokowało się Wileńskie Technikum Agrozootechniczne. Tak się wówczas nazywała ta uczelnia, kształcąca agronomów i zootechników w języku polskim – jedyna w byłym Związku Radzieckim. Dyrektorem uczelni był Rosjanin – Iwan Mitrochin, który bardzo słabo znał język polski.

W piękny, sierpniowy, słoneczny dzień w tym gmachu zebrała się dość liczna, bo ponad 300-osobowa grupa dziewcząt i chłopców z całej Wileńszczyzny. Jedna dziewczynka przyjechała nawet z Białorusi, aby złożyć egzaminy wstępne. W tej solidnej grupie również ja szukałem szczęścia. Po tygodniu miałem indeks w kieszeni i z wielkim zapałem przystąpiłem do nauki agronomii.

W naszej grupie – początkowo było 40 słuchaczy, w tym 10 rezerwowych, bez stypendium. Jednak po pierwszym semestrze już prawie wszyscy je otrzymali, ponieważ spora część oblała sesję i powinna była porzucić technikum. Stypendium było marne (180 rubli na stare pieniądze), ale ta suma wystarczała do zapłacenia za obiady w miejscowej stołówce.

Grupą „Agro” kierowała pani Stefania Romerówna. Wówczas pani Stefania nie była jedyną z Romerów, miała jeszcze matkę, która będąc w sędziwym wieku pracowała jako komendantka w bursie dla dziewcząt. Była to trochę, moim zdaniem, flegmatyczna, ale bardzo rzeczowa, zawsze schludnie ubrana kobieta. Miała miły sopranowy głos, za który była nazywana przez dziewczęta z bursy „mamusią”. Stefania Romerówna, odpowiadała za nasze dusze i grzechy. Była wtedy sympatyczną, ale bardzo zasadniczą panną średniego wzrostu w okularach.

Na pierwszy rzut oka wydawało się (nie tylko mnie), że klucza do jej serca chyba nikt nie znajdzie. Była bardzo sprawiedliwa i lubiła prawdę. Kłamstwa nie znosiła.

W tym czasie nieopodal pałacu zaczęto wznosić gmach nowego technikum. Byliśmy pewni, że przesiedlą nas do nowego lokum. Ale gdzie tam! Nawet blisko nie dopuszczono! Owszem, było to technikum, ale nie dla Polaków. Widzieliśmy, jak to wszystko przeżywała nasza „edukatorka”. Szkoda nam było tych pięknych, malowniczych miejscowości, parku z pawiami, który rozpościerał się dookoła pałacu. Szkoda ludzi z pobliskich wsi – Zujun, Zameczka, Wirszuliszek, u których my, chłopcy, mieszkaliśmy z powodu braku bursy. Wyjeżdżaliśmy jednak nie z własnej woli.

Biała Waka – nowa lokalizacja technikum – przyjęła nas z rezerwą. Starsi chłopcy musieli znaleźć prywatne mieszkania w Wojdatach, ponieważ bursa była za mała. Przez całe lato przeprowadzaliśmy się z Bujwidziszek. Razem z panią Stefanią urządzaliśmy od nowa gabinety uprawy i ochrony roślin, nasiennictwa. Jesienią, jak przystało, przystąpiliśmy do nauki. W ciągu tego przygotowawczego okresu nie zauważyliśmy, jak zmężnieliśmy i nasz pogląd na nauczycielkę się nie zmienił. Co tam mówić, w Bujwidziszkach trochę baliśmy się naszej pani Stefanii. Mogła, nie zważając na to, że była naszą wychowawczynią i odpowiadała za nadążanie w nauce, „wlepić” dwóję, którą wyprawić było bardzo trudno.

Wykłady z uprawy i ochrony roślin, nasiennictwa były coraz trudniejsze. Wszystkie terminy związane z roślinnością, szkodnikami i herbicydami musieliśmy znać nie tylko w języku polskim, lecz i po łacinie oraz w językach litewskim i rosyjskim. Faktycznie, musieliśmy wkuwać te obce słowa. Pani Stefania wiedziała, że wszystko to nam się w życiu przyda, toteż pobłażania nie było. Doskonale znała wykładane przedmioty, mogła mówić o nich godzinami, przy tym nie zaglądając do konspektów lub książek. Swoją poważną twarzą, oczami, które patrzyły na nas spod okularów, dawała do zrozumienia, że bez wysiłku, trudu i chęci niczego w życiu nie osiągniemy. Robiła wszystko, byśmy opuszczając mury technikum nie upadli na duchu, nie stchórzyli przed samodzielną pracą w charakterze świeżo upieczonego specjalisty gospodarstwa rolnego. Otrzymując dyplom agronoma zwróciłem uwagę na naszą wychowawczynię, która z uśmiechem coś mówiła swej koleżance. Z tego uśmiechu można było odczytać, że pani Stefania dopiero w tej chwili jest zadowolona z naszego „Agro”…

Chociaż nie ma już naszej wychowawczyni, która odeszła do lepszego świata, jednak wierzymy, że usłyszy nasze podziękowania za owoce swej pracy, bo przecież tyle sił i energii w nas włożyła.
Dzisiaj, gdy patrzę na zdjęcie z kursu „Agro” przypominam panią Stefanię. Jak to niedawno było! Chcemy przeprosić naszą byłą wychowawczynię za kłopoty, jakie sprawialiśmy, nisko skłonić przed Nią głowy i jeszcze raz serdecznie podziękować za tę miłość do ludzi, do zawodu, którą posiadała i nam zaszczepiła. I za cząstkę jej pięknej osobowości, która jak latarnia morska przyświeca nam na jakże pasjonującej, choć trudnej drodze, jaką jest życie. Dziękuję, dziękujemy… Bóg zapłać!