Na Litwie zakończyła się druga tura wyborów samorządowych. Cechą szczególną tegorocznych batalii o władzę na szczeblu miast i rejonów było bezpośrednie wybieranie merów. Wniosło to dość znaczne ożywienie do kampanii wyborczej, podniosło frekwencję, no i stało się swoistym testem dla partii – ich liderów w poszczególnych oddziałach. Stało się tak, że dalece nie wszędzie ciesząca się popularnością partia, potrafiła wystawić taką kandydaturę na włodarza miasta czy rejonu, która zdobyłaby najwięcej sympatii wyborców. Nowa formuła wyborów merów pokazała wyraźnie: partiom najwyższy czas jest zastanowić się nad wyborem rzeczywistych liderów, którzy nie tylko byliby dogodni dla danego zgrupowania, ale też potrafili swymi osobistymi walorami zachęcić obywateli do głosowania na swoją osobę. W wielu wypadkach partyjni wyjadacze musieli ulec kandydatom z tzw. komitetów wyborczych, na których czele stawali ludzie znani ze swej działalności, wyróżniający się charyzmą, słowem – w ten czy inny sposób – potrafiący zaimponować wyborcom.
15 marca na Litwie zakończyła się druga tura wyborów samorządowych. Według danych na 17 marca w 59 samorządach zostali wybrani merowie oraz radni. Ostateczne wyniki będą znane 22 marca. Wiadomo też, że powtórka z wyborów odbędzie się w rejonie trockim 7 czerwca, jak i uzupełniające wybory do Sejmu RL w rejonie orańskim. Możliwe też są zmiany w paru okręgach wyborczych.
Druga tura batalii samorządowych, jak wiadomo, dotyczyła wyboru merów w tych rejonach, gdzie zabrakło wyraźnego lidera w pierwszej, czyli kandydata, który uzyskałby ponad 50-procentowe poparcie wyborców. Jak już wiemy, takie wyniki mieli kandydaci w 19 samorządach. Nie może nie cieszyć fakt, że w ich liczbie znalazł się rejon wileński i solecznicki, gdzie od paru dekad niezmiennym poparciem miejscowych wyborców cieszy się Akcja Wyborcza Polaków na Litwie na czele z europosłem Waldemarem Tomaszewskim. W rejonie solecznickim obecny mer Zdzisław Palewicz zdobył rekordową liczbę głosów – 77,5 proc. (dodać można, że w drugiej turze ten rekord nie został również pobity), zaś Maria Rekść – 60 proc.
Uwaga całej Litwy, oczywiście, była przykuta do wyników batalii w stolicy oraz kilku największych miastach: Kownie, Kłajpedzie, Poniewieżu i Szawlach. Można odnotować, że podczas tegorocznych wyborów właśnie w nich, chociaż nie tylko, został zachwiany dotychczasowy układ. Otóż padł bastion konserwatystów – Kowno. Poniósł tu fiasko kandydat z ramienia tej partii ulegając rywalowi z komitetu wyborczego. Visvaldas Matijošaitis – przedsiębiorca i milioner (co jest charakterystyczne, 5 merów należy do tego grona: Valdemaras Valkiūnas – mer Birż, Šarūnas Vaitkus – Połągi, Ričardas Malinauskas – Druskienik oraz Saulius Grinkevičius – Kiejdan. Czyżby wyborcy preferowali bogaczy na zasadzie, że jak dużo ma, to jest więcej szans, że nie będzie dbał wyłącznie o swoją kieszeń) zdecydowanie pokonał Rytisa Kupčinskasa, który, jak się okazało, miał o wiele mniejsze poparcie niż lansująca go partia. Ta zdobyła najwięcej głosów w tzw. tymczasowej stolicy. Drugą przegraną konserwatystów okazał się Poniewież, gdzie też ulegli nie partyjnemu kandydatowi.
Wydaje się, że zarówno w Poniewieżu jak i Szawlach, mieszkańcy głosowali na zasadzie „przeciwko partii”, bowiem w obu miastach zwyciężyły osoby z komitetów wyborczych, niczym się specjalnie nie wyróżniające. W Szawlach, m. in., zaistniała wprost kuriozalna sytuacja, kiedy w drugiej turze wyborów rywale podczas debat prześcigali się w uprzejmościach wobec siebie. Wyglądało na to, że żaden nie chciał zwyciężyć. Może i trudno się dziwić takiej sytuacji. Nowe zasady wyboru merów – w bezpośrednich wyborach – chociaż dają im gwarancje, że żaden przewrót w radzie (np. zmiana koalicji) nie grozi utratą stanowiska, to jednak brak liczbowego poparcia radnych może doprowadzić do sytuacji patowej: pozbawiony, jak za dawnych czasów, wsparcia „własnej” partii będzie praktycznie „bezradnym”.
Jak będzie w rzeczy samej zobaczymy właśnie w ciągu kolejnych czterech lat. I tylko po upływie kadencji tak naprawdę będzie można odpowiedzieć na pytanie, czy znaleziono panaceum. Chociaż prezydent pośpieszyła oznajmić, że bezpośrednie wybory merów się sprawdziły. Na czym głowa państwa opiera takie wnioski? Czyżby jedynie na sukcesach tych, których darzy sympatią i porażką adwersarzy?
Kontynuując temat partyjnych strat należy zaznaczyć, że największe ubytki w merowskich fotelach notują socjaldemokraci – stracili ich kilka, jednak i tak mają najwięcej, bo aż 16 stanowisk merów (zdobyli też najwięcej mandatów radnych – 366). Na drugim miejscu znaleźli się konserwatyści – 11 merowskich foteli (247 radnych) zajmą ich przedstawiciele. Obie partie poniosły fiasko w dużych miastach – nie mają merów i nie stanowią większości w radach.
Wyraźny sukces notuje Ruch Liberałów – 9 włodarzy miast i rejonów, w tym u steru stolicy i Kłajpedy, gdzie ich kandydaty zdobyły w drugiej turze 75,20 proc. poparcia (216 radnych). Takie wyraźne przesilenie u liberałów nie może nie budzić niepokoju u „starszych kolegów” – konserwatystów. Podkreślając swoją młodość i bojowość liberałowie wyraźnie chcą raz na zawsze przełamać złą passę liberalnego ruchu na Litwie. Swoisty paradoks polega na tym, że tradycyjnie w świecie partie tego pokroju uważane są za wyrazicielki postulatów przedstawicieli dużego kapitału. U nas, wydaje się, w większości są darzeni sympatią przez tzw. klasę średnią (m. in. rodzącą się z wielkim trudem). Czy po bardziej czynnym udziale w sprawowaniu władzy nie stracą sympatyków? A może działając „pod publiczkę” utemperują swój liberalizm? To się dopiero okaże.
Kierowany przez Artūrasa Zuokasa Związek Wolności ma 5 merów, zaś Związek Chłopów i Zielonych – 4. Jedynie trzema fotelami mogą się szczycić Porządek i Sprawiedliwość oraz Partia Pracy. Właśnie ona poniosła najbardziej bolesne straty, bowiem straciła stanowisko mera w „stolicy” Uspaskicha – Kiejdanach oraz w rejonie święciańskim. Były lider partii skwitował to sarkastyczną uwagą, że trzeba było naprawdę się postarać, by w Kiejdanach ulec Związkowi Wolności. Nie mniej bolesnym jest też to, że partia ta nie ma ani jednego radnego w Wilnie, Kownie i Kłajpedzie, chociaż w skali kraju według liczby mandatów uplasowała się na 4 miejscu, po socjaldemokratach, konserwatystach, Ruchu Liberałów, to według liczby merów wyprzedził ją zarówno Związek Chłopów i Zielonych jak i Związek Wolności. Ponadto partia ponownie nie uniknęła skandalu w rejonie szyrwinckim (wybuchł tu podczas wyborów do parlamentu w 2012 roku i w wyniku straciła miejsca w Sejmie z powodu oskarżeń o przekupywanie wyborców). Właśnie taka sytuacja z pewnością miała wpływ na to, że liderka partii Loreta Graužinienė podała się do dysmisji we wtorek, 17 marca, będąc w delegacji na Ukrainie. Czy zostanie nadal spikerką Sejmu – o tym zadecyduje partia.
O tym, że sympatie wyborców potrafią być dość oryginalne i nie ma na to wpływu nawet karygodne zachowanie kandydatów, świadczy wybór ponownie na mera Wisagini Dalii Štraupaitė z Litewskiego Związku Wolności – prokuratura wysunęła wobec niej oskarżenia, które nadal są aktualne, jak też ważne jest odsunięcie od pełnienia obowiązków mera.
Najwięcej emocji, niewątpliwie, budziły wybora mera stolicy. Kampania wyborcza przed drugą turą była tu bardziej ostra. Kandydatom – szczególnie Artūrasowi Zuokasowi zależało na maksymalnym przejęciu „niezagospodarowanych” głosów. Oczywiście, miał trudniejsze zadanie. Po pierwsze, działał czynnik psychologiczny: Remigijus Šimašius już w pierwszej turze zdobył nieomalże dwa razy tyle głosów (34,5 proc. do nieco ponad 18 proc.). Po drugie, w odróżnieniu od „wielkiej niewiadomej” jaką jest Remigijus Šimašius jako mer, Zuokas, który dał się wilnianom poznać aż w trzech odsłonach w tej roli musiał odpierać konkretne zarzuty. Nie mógł czarować różowymi wizjami przyszłości i twierdzeniem, że będzie „jaśniej i przejrzyściej”. Jak twierdzą politolodzy, nie bez znaczenia był tu również dodatkowy czynnik: chęć zmian, czasami dla samych zmian. Chociaż wilnianie niewątpliwie określonych zmian z niecierpliwością oczekują. Szczególnie dotyczy to kosztów ogrzewania w wielomieszkaniowych blokach, jak też opłaty za tzw. administrowanie. Zmian chcą rodzice małych dzieci (te problemy nie tylko z miejscami w przedszkolach, ale też zapisami do nich bez wątpienia skutecznie uszczupliły szeregi sympatyków odchodzącej władzy). Dałoby się znaleźć jeszcze kilka najbardziej nabrzmiałych kwestii. Tylko czy rozwiązanie każdej z nich jest winą ekipy rządzącej, czy też wynikiem dłuższego czasu zaniedbań i obiektywnych trudności (m. in. z formowaniem budżetu stołecznego samorządu)? Oto jest pytanie. I jest w nim, najwidoczniej niemało racji.
Pytany o priorytetowe zadania, nowy mer, który swe rządy ma rozpocząć po miesiącu, nazywając wyżej wspomniane kwestie od razu zaznaczył, że ma się zatroszczyć o kolejne zaciągnięcie długu w granicach 80 mln euro, by miasto sprawnie funkcjonowało i spłacało odsetki oraz stare długi. Na to nie ma mocnych. Wystąpił też z bezprecedensowym postulatem, by obecna rada nie podejmowała wiążących zobowiązań na ostatnich swych posiedzeniach.
Po rokowaniach co do utworzenia koalicji (mają się w niej znaleźć radni z różnych ugrupowań z wyjątkiem przedstawicieli AWPL, czyli Bloku Waldemara Tomaszewskiego i Związku Wolności. Taka postawa wobec przedstawicieli licznej w Wilnie diaspory mniejszości narodowej polskiej i rosyjskiej nie bardzo da się pogodzić ani z liberalizmem, ani wcześniej deklarowanymi poglądami pana Šimašiusa. A propos, ciekawe jest to, że w Kłajpedzie mer Ruchu Liberałów nie ma wątpliwości co do udziału koalicji z Blokiem Waldemara Tomaszewskiego) i administracji, co wcale nie pójdzie, jak widać, łatwo, w końcu kwietnia nowa rada i mer przystąpią do władania stolicą.

