LITWA – bilans strat i szokujący początek Nowego Roku

Co utraciła Litwa w minionym – 2010 roku? Niestety, ale bilans strat jest dość znaczący. Przede wszystkim – według oficjalnych źródeł – tego roku kraj opuściło 79,1 tys. obywateli. Kryzys gospodarczy i polityka rządu skierowana na dokręcanie śrub podatkowych, emerytur i świadczeń oraz windowanie cen i podatków zrobiły swoje: żaden szanujący się człowiek, mający zdrowe ręce zdolne do pracy i głowę na karku nie będzie pracował w pełnym wymiarze godzin za minimalne wynagrodzenie 800 Lt, które po odliczeniu podatków kurczy się do 670 Lt. Wystarczy odjąć od tej sumy nawet minimalne opłaty za mieszkanie (a te wciąż rosną) i podzielić resztę na 30 dni, by pojąć: albo człowiek głodem przymiera albo je byle co. Jakie zdrowie, rozwój czeka takiego notorycznie niedożywionego obywatela nietrudno wyobrazić. Więc odjeżdżają do „ameryk” pełne autobusy i odlatują samoloty. Ostatnio przybywa w nich ludzi bardzo młodych, którzy nie chcą, czy nie mają z czego płacić bajońskich sum za kształcenie na rodzimych uczelniach.

Litwa tego roku poniosła też bolesną stratę w osobie zmarłego prezydenta, kilkakrotnego premiera, szefa partii dziś zwanej „socjaldemokratyczną partią” Algirdasa Brazauskasa. Jego odejście zamknęło pewien etap w historii Litwy: już nie ma najliczniejsza partia (skupiająca też ogromny kapitał) swego wodza, który w trudnych dla partii chwilach stawał do władzy, by ratować towarzyszy. Straciła też Litwa w osobie Polski „serdecznego” partnera strategicznego, który przez 16 lat (tyle minęło od podpisania Traktatu polsko-litewskiego) ciągle czekał i wierzył, że „dorastająca” do demokracji Litwa spełni założenia Traktatu. Polityczny policzek tragicznie zmarłemu prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu zadali „bracia Litwini”, kiedy to podczas jego ostatniej wizyty na Litwie odrzucili w Sejmie projekt Ustawy rządowej o pisowni nazwisk nielitewskich (w tym polskich) w oficjalnych dokumentach obywateli RL. Ciągłe szykanowanie największego „dawcy” podatków PKN Orlen (co świadczy wyraźnie o „orientacji” większości polityków i magnatów w sferze biznesu) i ostra ofensywa na polskie napisy, szkolnictwo w języku polskim wreszcie zmusiły Warszawę do zmiany tonu wobec „strategicznego partnera”. Już nie ma częstych braterskich wizyt i uścisków. Czy Litwa uważa to za stratę? Dalece nie cała.

Kolejną stratą Litwy okazała się rezygnacja spółki koreańskiej ze złożenia oferty na budowę nowej elektrowni atomowej w Wisagini. Prawda, minister energetyki i premier mówili o dalszych chętnych z kolejki, ale jakoś nikt się do tej budowy nie pcha. Forsowanie budowy takiejż elektrowni w obwodzie kaliningradzkim i na Białorusi – wystarczający straszak na potencjalnych chętnych. Coraz głośniej się też mówi na Litwie o tym, że budowa nowej elektrowni nie da zysku – tylko straty. Oczywiście, dla kraju, a nie dla tych, kto już tradycyjnie przy każdej większej inwestycji potrafi się nieźle obłapić.

Wydaje się, że nie mniej bolesną porażkę poniosła litewska polityka zagraniczna na froncie białoruskim. Faworyzowany wyraźnie prezydent Łukaszenka (według słów naszej pani prezydent: jego kolejny wybór na stanowisko miał być gwarantem stabilności), po wygranych wyborach dopuścił się masakry opozycji, choć według naocznych świadków zgromadzone w tragiczny wieczór siły milicji i OMONu mogły „licznych” demonstrantów powynosić z placu na rękach, a nie pałować i sadzać do aresztu. On wolał pokazać bezwzględną siłę, która owszem, jest gwarantem stabilności… reżimu.

Na początek nowego roku Litwa się dowiedziała z ust pani prezydent, że krajem zaczynają rządzić klany finansowo-gospodarcze i kryminalne. Od kiedy „zaczynają” nikt nie precyzuje, chociaż wydaje się, że baczny obserwator naszego życia bez większych problemów potrafi ustalić, jaką dziedzinę gospodarki kontrolują poszczególni magnaci i partie. Wystarczy się przyjrzeć kilku głosowaniom w Sejmie, kiedy chodzi o finansowanie partii, czy ulgi podatkowe bądź akcyzy. Ale jeżeli głowa państwa mówi, że „zaczynają rządzić”, więc należałoby coś z tym zrobić, jakoś temu zaradzić. Najłatwiej – przy pomocy antymonopolowych ustaw, przejrzystości np. zamówień państwowych. Tylko jak takie ustawy będą „szły” przez Sejm. Czy partie zaczną się licytować i dzielić „straty” po równo, czy też ktoś weźmie górę. Co zresztą jest mało prawdopodobne, bo interesy mają praktycznie wszyscy. Idealistów i zawodowców wśród 141 parlamentarzystów jest stanowczo za mało.

A jak już wiemy, że uciąć głowy monopolom nie przyjdzie łatwo, a i z „cienia” za dużo się nie da wycisnąć przy takich układach, więc kto państwo „uratuje”? Ano ci, co żyją z zapomóg. W rzeczy samej są to ogromne pieniądze (dla zwykłego zjadacza chleba). Tego roku z budżetu samorządy otrzymają 1 mld litów, a na świadczenia dla potrzebujących mają przeznaczyć z tej kwoty aż 800 mln. W jaki sposób można te pieniądze zaoszczędzić? Wydaje się logiczne, że kierując pewne środki na tworzenie miejsc pracy i zmniejszenie w ten sposób bezrobocia. Ale to miejsce pracy nie może być opłacane „minimalnie”, bo, śmiechu warte, taka „wypłata” jest mniejsza od kwoty zasiłka dla bezrobotnego. Trzeba znaleźć nie lada głupiego, by chciał wydać pieniądze na dojazd do miejsca pracy, jakie takie ubranie, na jedzenie w pracy i w efekcie… otrzymał mniej niż by siedział sobie w domu: bez pracy, ale i bez dodatkowych wydatków. Arytmetyka prosta i przejrzysta. Ale to dla prostych ludzi. Urzędnicy myślą inaczej. Otóż minister pracy i opieki socjalnej (żeby było śmieszniej) wymaga od służb socjalnych w samorządach, by sprawdzali, czy taki biorący zapomogę nie jeździ za granicę (nie, wcale nie do Honolulu, tylko na łukaszenkowską Białoruś, czy kaliningradzką Rosję), nie pracuje u sąsiada, czy jeszcze w inny sposób nie próbuje się ratować przed ubóstwem. Bo takiemu co próbuje, należy zasiłek obciąć albo zgoła odebrać. Żeby samorządowcy zbytnio się nie litowali nad „oszustami” minister proponuje, by na barki samorządów, ich budżet, całkowicie zdać tych „proszących”.

No i zacznie „szpiegować” sąsiad sąsiada – bo w małych społecznościach wszyscy się znają i sprawa załatwiona. Po co obciążać pracą służby specjalne. Minister powtórzył trick premiera, który zaaprobował oznakowania samochodów służbowych, twierdząc, że czujny sąsiad lepiej wytropi naruszyciela porządku niż jakakolwiek służba. Jeżeli nasz rząd jeszcze uzna za stosowne za to „tropienie” przyznawać nagrody, to całkiem nieźle będzie można tego roku zarobić na donosach. Jak się to w budżecie skalkuluje? Czy to jest istotne. Ważne jest, by imitować działanie. No bo przecież coś trzeba robić!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.